To nasz pierwszy długodystansowy wyjazd samochodowy. Do przejechania jest prawie 1800 km. Na szczęście od początku do końca jedziemy autostradami. Na razie jedziemy w trójkę, Ola została zdawać jakieś egzaminy.
Oczywiście konieczny był nocleg po drodze. Wybraliśmy Miluzę i tani hotel Enzo. Był mniej więcej w środku drogi. Obok był Lidl, więc uzupełniliśmy zapasy, a potem pojechaliśmy do centrum Miluzy.
Miasteczko jak miasteczko, ponoć są fajne muzea, ale już były nieczynne. Zajrzeliśmy do katedry, przeszliśmy się po uliczkach, zjedliśmy kebab i pizzę. Ciekawostką są dziwne pomniki utworzone z kubłów na śmieci i innych blach
Następnego dnia ruszyliśmy do Vias. Dojeżdżamy wczesnym popołudniem. Meldujemy się w jednej recepcji, później spotkanie z Holendrem o nazwisku van Gogh, który był opiekunem Vacansolei.
Namiot okazał się wielki, a w środku było całkiem przyzwoite wyposażenie: kuchenka, lodówka, komplet naczyń kuchennych. W ramach campingu były dwa baseny, z czego jeden z nich to duży akwapark, ze zjeżdżalniami. Poza tym sklep, restauracja i scena na której
codziennie był jakiś koncert.
Camping dochodził do samego morza i do niego należały dwie małe, piaszczyste plaże. Woda była zaskakująco chłodna, co nie przeszkodziło w niej popływać. Na campingu byliśmy w sumie tydzień, a najfajniejszą rzeczą była w ostatnim dniu naszego pobytu degustacja
grillowanych muli z sangrią. Robali można było jeść dowolną ilość.
Ale nie byliśmy tam cały czas. Ola po 3 dniach przylatywała samototem do Girony, więc po nią pojechaliśmy, a skoro już byliśmy w Gironie, to postanowiliśmy zwiedzić Barcelonę. Zarezerwowaliśmy nocleg pod Barceloną w Holiday Inn Express.
Barcelonę zwiedzaliśmy przez kilka godzin. Wystarczyło na Park Guelle, Sagradę Familię i trochę pochodziliśmy po uliczkach. Na pierwszy raz wystarczy.
Miasto jest fajne, aczkolwiek nie wiem, czy chciałbym w nim mieszkać.
Z Barcelony pojechaliśmy do Figueres, do Muzeum-Teatru Salvadora Dali. To bardzo popularne miejsce, bo w kolejce po bilety staliśmy prawie godzinę. Było warto, aczkolwiek dzieci nie były zachwycone.
Wieczorem wróciliśmy na camping.
Okazało się, że do tej Karyntii, gdzie mieliśmy spędzić drugi tydzień jest ponad 1200 kilometrów, więc wyruszyliśmy dość wcześnie rano, umawiając się na odbiór namiotu. Ja jednak jestem już przyzwyczajony do tego, że na wakacjach to sprzątają za mnie, nie sprawdzają kurzu na lodówce i czy nie zabraliśmy łyżeczki.
Na szczęście była niska, przedsezonowa cena namiotu na tym kempingu, bo ok. 25 euro/dzień za namiot. W sezonie w życiu bym nie dał za coś takiego 80 euro. Za tyle to można na greckich wyspach mieć wypasiony apartament z klimatyzacją, własną łazienką i codziennym sprzątaniem.
Tyle dygresji w sprawie namiotów. Jechaliśmy 12 godzin, najpierw piękną trasą przez Lazurowe Wybrzeże, widoki były przepiękne. We Włoszech trafiły się burze i ulewy, a w okolicach Wenecji jakieś straszne korki. Pewnie bez tego bylibyśmy godzinę wcześniej.
No, ale dojechaliśmy. Kemping był nad samym jeziorem, które ponoć
jest najcieplejszym jeziorem w Austrii. Co ciekawe, rzeczywiście było ciepłe, aczkolwiek trochę zamulone. Za to w kempingowej restauracji były świetne sznycle.
Wśród dziesiątek folderów, jakie były w recepcji wybraliśmy wyprawę w góry. Byliśmy dwa razy. Pierwszy raz wjechaliśmy kolejką i pochodziliśmy po okolicy podziwiając alpejskie krajobrazy. Dzień później postanowiliśmy zdobyć najwyższy szczyt w okolicy - Reiseck. Prawie 3000 metrów. Oczywiście szliśmy od górnej stacji kolejki, ale
i tak było efektownie. Padał śnieg, było koło zera. Na 2770 Andrzejek spasował, więc szczyt zdobyła Janka z naszym kolegą, który był z nami. Okupiła to opuchlizną na rękach, która na szczęście na dole zeszła.
Widoki były piękne. Jeziorka, góry, skały... Szkoda było wracać.
W Ossiach spędziliśmy 5 dni, potem kolega pojechał do rodziny do Stuttgartu, a my ruszyliśmy w drogę powrotną. Nie ujechaliśmy 50 km, kiedy zepsuło nam się auto... Na szczęście Assistance zadziałało, przyjechał serwis, wziął auto na lawetę, nas do auta. W warsztacie naprawa zajęła 10 minut, wszystko załatwione zdalnie, żadnego
papierka nawet nie podpisałem... Z 3-godzinnym opóźnieniem wyjechaliśmy wreszcie do domu, przez Wiedeń, Brno dojechaliśmy do Polski. Po drodze oczywiście czeski obiad.
Na pierwszej stacji benzynowej w Polsce kupiliśmy kilka gazet i w końcu dojechaliśmy do Wrocławia...
Trochę ta jazda jest jednak męcząca. WOLĘ SAMOLOTY, WOLĘ SAMOLOTY, WOLĘ SAMOLOTY. Mam 4 przejazdy po 1000 kilometrów zaliczone i koniec. WOLĘ SAMOLOTY, WOLĘ SAMOLOTY...
Na wyjazdach używamy:![]() Najlepsze mapy Grecji i Wysp Greckich |
Książki, mapy, przewodniki:![]() |